Re: Rozpoczął się rozpad UE

Jeśli zachodzą zjawiska, od których zależy losów nas wszystkich, to ważna jest umiejętność przewidywania togo co wydążyć się za niedługo. Nawiasem mówiąc dobra teoria ( w szczególności dotycząca zjawisk społecznych) to taka która dobrze trafnie przewiduje.

W poście wysłanym 27.08.2015 napisałem .:

Gdy zakładałem ten wątek, to nie zdawałem sobie sprawy, że sprawy potoczą się tak szybko…, aby było uzasadnione aby opublikować artykuł pt.: „Nadciągający upadek Europy” ( Gazeta Wyborcza, 26.09.2015, Dawid Warszawski)

[ wyborcza.pl/1,75968,18628659,broniac-sie-przed-uchodzcami-prowadzimy-europe-do-upadku.html ] . Zamieszczam fragmenty artykułu w P.S.

Od tego czasu minęło ok. 3 miesiące – zaistniały dalsze, takie fakty iż fakty Marek Beylin

w wydaniu Gazety Wyborczej z dnia 05.12.2015 rozwija przewidywania w aktykule „Europa przedrozbiorowa ( początek dostępny pod wyborcza.pl/magazyn/1,149724,19292008,europa-przedrozbiorowa.html

W szkole uczymy się o Polsce z okresu przedrozbiorowego. Jeśli zdaniem Marka Beylina, żyjemy w analogicznych czasach – i możemy obserwować mechanizmy rozkładania się pewnego ważnego dla nas tworu społecznego, to jest to ciekawe.

Dlatego przytaczam w P.S. fragmenty tego artykułu. ~ Andrew Wader

P.S.

[„… Demontaż Unii oznacza rozkwit konfliktów między państwami i ich marginalizację, bo żadne z nich osobno nie stawi czoła światowym problemom. Polska między agresywną Rosją a już nieeuropejskimi Niemcami stanie się zależna od ich woli.

Strach rozpełzł się po Francji i Europie. Po szoku wywołanym zamachami w Paryżu 13 listopada życie na kontynencie długo nie wróci na dawne tory.

Europa gna w groźne i złe nieznane – tak uważa coraz więcej ludzi. Nikt też nie ma dobrej odpowiedzi na ekspansję lęków i katastroficznych nastrojów. Stajemy się powoli ziemią strachu. Jasne, to są lęki ludzi sytych i żyjących w komforcie, a nie pogrążonych w rozpaczy i wyzutych z możliwości życia. Toteż Europie nie zagraża eksplozja gniewu czy strachu wywracająca wszystko na nice. Grozi jej erozja wzmacniana przez klimat desperacji, coraz powszechniej władający Europejczykami.

Skąd ten strach? Dlaczego ujawnia się tak wyraźnie teraz? I w którą stronę się zwraca? Nie zrodziły go ani zamachy w Paryżu, ani wielka fala uchodźców napływających do Europy. Te wydarzenia jedynie wydobyły ów strach na powierzchnię i przydały mu siły.

Paryski atak terrorystów to nie pierwszyzna w najnowszej historii Europy. W Madrycie w marcu 2004 roku zginęło 190 osób. Zamach w Londynie w lipcu 2005 roku przyniósł ponad 50 ofiar. A w lipcu 2011 roku Anders Breivik zamordował w Norwegii blisko 80 osób w szaleńczym przekonaniu, że tak należy zwalczać tolerancję wobec „obcych”.

Żaden z tych aktów terroru nie wywołał długotrwałego strachu i nie odmienił życia w dotkniętych nimi miastach ani tym bardziej poza nimi. Gdy minął szok, odpowiedzi ludzi były podobne: nie przestraszą nas, nie ugniemy się przed podłą siłą. Brytyjczycy, Hiszpanie, Norwegowie w naturalny sposób wracali do normalnej egzystencji, bo dawała im ona poczucie bezpieczeństwa. Wierzyli, a przynajmniej wierzyła większość, że demokratyczny styl życia, swobody, ale także własne państwo i Europa stanowią ramy gwarantujące niewzruszony ład. Bodaj najlepiej wyraził to premier Norwegii po rzezi, jakiej dokonał Breivik: odpowiedzią na atak na demokrację musi być jeszcze więcej demokracji i otwartości.

Teraz takich wypowiedzi nie ma, brzmiałyby żałośnie. Nie jak afirmacja tego, co oczywiste, tylko jak pisk człowieka odklejonego od realiów. Europa, otwartość, nawet „więcej demokracji” nie wydają się dziś skuteczną zaporą przed niebezpieczeństwami.

Świadczą o tym choćby reakcje po zamachach w Paryżu. Już następnego dnia opozycyjna prawica, Republikanie z Nicolasem Sarkozym na czele, i Front Narodowy Marine Le Pen wdały się w wyścig na radykalne recepty. Sarkozy domagał się powrotu do ścisłej kontroli ruchu granicznego, przywrócenia kary śmierci dla islamskich terrorystów oraz odbierania im francuskiego obywatelstwa. Żądał też, by policja prewencyjnie izolowała podejrzanych o kontakty z dżihadem. Sarkozy zaproponował więc, by Francja stała się po części państwem stanu wyjątkowego, nie bacząc na to, że takich poczynań zabraniają Unia Europejska i konwencje ONZ. Marine Le Pen poszła jeszcze dalej. Zażądała wprost likwidacji strefy Schengen i wstrzymania imigracji do Europy i Francji. Szefowa FN głosi to od dawna, ale dziś ma coraz większy posłuch.

Nie było więc we Francji symbolicznego aktu jedności Republiki, jak po rozstrzelaniu redakcji „Charlie Hebdo” w styczniu tego roku. Zastąpiła go radykalizacja polityki. Gdy kilka dni po zamachu w parlamencie przemawiał premier Valls, Republikanie huczeli i lżyli rząd oraz prezydenta. Nie przerwali nawet wtedy, gdy Valls składał hołd poległym i rannym policjantom.

Na ten nowy klimat wpływają nie tylko wybory lokalne w grudniu i prezydenckie w 2017 r. Co ważniejsze, kruszeje zgoda co do tego, jaka i dla kogo ma być Republika Francuska. I jakiej Europy Francja potrzebuje. Według Sarkozy’ego i Le Pen Francja powinna bardziej odgradzać się od świata i jego kryzysów oraz baczniej nadzorować własnych muzułmanów. W dodatku w wypowiedziach lidera Republikanów Unia jawi się jako niezbyt istotna dla Francji, a dla szefowej Frontu Narodowego jest tworem szkodliwym. A zapewne któraś z tych dwóch postaci stanie wkrótce na czele Francji.

Tym tendencjom ulega też prezydent Francois Hollande. Wprawdzie odciął się od stwierdzeń utożsamiających terrorystów z muzułmanami, ale próbuje ratować poczucie jedności i siły republiki, naśladując prezydenta George’a W. Busha. Francja jest w stanie wojny z terroryzmem – ogłosił Hollande, nawiązując do przemówienia prezydenta USA po zamachu 11 września.

Wprowadził stan wyjątkowy i zapowiedział, także wzorem Busha, „Pakt bezpieczeństwa”, wzmacniający nadzór służb nad obywatelami. W jego oświadczeniach Unia, jeszcze niedawno gwarant stabilnej Europy, niemal zanikła. Na pierwszy plan wysunęło się państwo narodowe, które samo zapewni bezpieczeństwo obywatelom i pokona wrogów.

Oczywiście Hollande zwrócił się do Unii, ale głównie w sprawach policyjnych: by wspólnie ścigać terrorystów. Prezydent Francji chce też zamknięcia granic UE przed uchodźcami, grożąc rozmontowaniem Schengen. Czyli dziś upatruje we wspólnej Europie przede wszystkim funkcji policyjno-strażniczych.

Wielki powrót państwa narodowego i przygasająca gwiazda Unii, prymat bezpieczeństwa nad prawami obywatelskimi – to odpowiedź Francji na zagrożenie. Odpowiedź zatrważająca, nawet jeśli chwilowa.

Bo jeśli Francja odwróci się od Unii, nastąpi koniec wspólnej Europy: Paryż to obok Berlina najpotężniejszy filar UE. Od lat widać zresztą, jak bierność Francji w wielu sprawach europejskich osłabia Unię, zmuszając Niemcy – wbrew ich chęciom – do roli jej samodzielnego lidera. Jednak na dłuższą metę to pozycja nie do utrzymania. Kanclerz Angela Merkel słabnie, w Niemczech zaś – jak w wielu innych krajach – wzmaga się przekonanie, że najważniejsze są interesy narodowe, a nie europejskie. W dodatku coraz więcej państw kwestionuje dotychczasową rolę Niemiec w Unii. Francja może proces słabnięcia Unii zatrzymać, oferując silną obecność we wspólnej polityce, albo przyspieszyć, jeśli zacznie się od Unii odgradzać.

Nic nie jest jeszcze przesądzone, ale tendencja stała się groźna, bo nie tylko Francja jest na rozstajach. W wielu europejskich krajach nasila się, głównie za sprawą ugrupowań populistycznych, konflikt między tym, co uważa się za interes narodowy, a wymogami polityki europejskiej.

Stoimy więc w obliczu potężnego zwrotu politycznego. Jego fatalnym finałem może być demontaż Unii. ..cdn..”]