Re: Dziwne zakłopotanie Nauki.

> Dużo lepsza w przewidywaniach niż kopernikańska 🙂 Przypomina

> m, iż i STW i OTW nie są hipotezami „kwantowymi”, wiec w sensie obecnej wiedzy

> są hipotezami bez sensu, tyle że dają poprawne wyniki. Jak hipoteza ptolemejska

Tam nie ma hipotez, lecz tylko uproszczenie c = const,

Z takim uproszczeniem łatwo się oblicza, więc funkcjonuje powszechnie…

Ptolemeusz opracował model obliczeniowy –

do dziś takich używają w profesjonalnej astronomii,

np. pozycję planet wyznacza się z interpolacji trygonometrycznych.

Re: Dziwne zakłopotanie Nauki.

> Problem jest w tym,ze STW za duzo daje wynikow zgodnych z doswiadczeniem i dlat

> ego chociazby jej postulaty nie byly slusze totalnie (absolutnie) to nie ma znaczenia,

> gdyz w badanym obszarze swiata ta teoria pracuje poprawnie.

Poprawna w obszarach prędkości 0.0001c,

czyli wyniki identyczne zmodelem… Arystotelesa?

Nie, no, lepiej – Ptolemeusza!

Gdy polecą kiedyś z 50 km/s STW od razu pójdzie na śmietnik,

bo wtedy będzie już widać błędy, które teraz są ignorowane.

Re: Czadu nie damy!

qwardian:

> Aby organizm mógł normalnie funkcjonować, koncentracja dwutlenku węgla

> powinna wynosić 6,5%. W powietrzu jest tylko 0,03% CO2.

stefan4:

> trzeba więc zalecić worek plastikowy na głowę

kornel-1:

> Nie jest to dobry pomysł. Można się udusić z braku tlenu.

No to potrzebne są jakieś niewielkie dziurki w tym worku… Albo dozownik, który dopuści trochę tlenu, ale nie wypuści dwutlenku węgla.

Qwardian proponuje 200-krotne zwiększenie ilości dwutlenku węgla w atmosferze — z obecnych 1.8·10^12 ton do 3.6*10^14 ton. Żeby wyprodukować tyle, będziemy potrzebowali 10^14 ton węgla i 2.6·10^14 ton tlenu.

Więc na Qwardianowe poprawienie składu atmosfery będziemy musiel

  • nieodwracalnie zużyć 1/4 całego tlenu atmosferycznego,
  • nieodwracalnie zużyć 18tys. razy więcej węgla niż wynosi roczne światowe wydobycie węgla kamiennego.

Oczywiście zostaną nam jeszcze inne postaci węgla kopalnego, a także mnóstwo lasów do spalenia. Ale jednak 18tys. lat to sporo. Najtaniej będzie zorganizować spalarnie węgla przy samych kopalniach, żeby nie trzeba było go nigdzie wozić — górnicy fedrują, a węgiel od razu do paleniska, i wziuch, w atmosferę.

Worek plastikowy na głowę wymaga skromniejszego zaangażowania sił i środków. Nawet z dozownikiem.

– Stefan

Zwalczaj biurokrację!

Habemus, Fritzam

No, nie przypuszczałem! Tyle lat pałętam się po tym najlepszych ze światów, a tu dopiero teraz taka nowina. Świat miał geniusza. Nazywał się Fritz Haber, urodził się w roku 1868 w Breslau (= we Wrocławiu). Genialny chemik – zapoczątkował rozwój przemysłu nawozów sztucznych i chyba za to wręczono mu nagrodę Nobla w roku 1918. Ale On na tym nie poprzestał: lata tuż przedwojenne spędził na eksperymentowaniu z gazami bojowymi i to z jakim skutkiem! Wynalazł chlor , którego jednorazowe zastosowanie we Francji (mamy I wojnę światową, okopy przerzynają słodką Francję w poprzek) przyniosło świetny wynik: pięć tysięcy zagazowanych Francuzów. On był ambitny, pracował wytrwale: dał najpierw cesarskiemu Reichowi, a potem światu tak kongenialne osiągnięcia techniki bojowej jak iperyt (od miejscowości Ypres we Francji – góra trupów!), jak fosgen i gaz musztardowy. Znakomite unicestwiacze. No i korona jego twórczości: cyklon B, pierwotnie przeznaczony do zwalczania wszy.

Ten geniusz był niemieckim Żydem, ale żydostwo mu doskwierało: zmienił wyznanie na protestanckie i ogłosił – czytajcie uważnie! – że jest antysemitą! Nie wiem, jak go Niemcy cesarskie wynagrodziły za jego genialne wynalazki. Wiem jedno: wszelkie unicestwienie dużego skupiska ludzkiego było przedstawiane w prasie niemieckiej jako wielki sukces i przy każdej takiej okazji ze czcią wymieniano jego imię. Jedynie żona Klara nie dorosła do patosu dziejów: strzeliła sobie w serce w roku 1915, po zamordowaniu mężowskim gazem 5 tysięcy Francuzów. A miała lat 45; to było znacznie więcej niż dzisiaj.

Fritz bardzo liczył na Hitlera, jako na twardziela, który zrobi właściwy użytek z jego wynalazków. Niestety, ten drugi pomyślał sobie, że te gazy alianci z równą łatwością będą zrzucać na Niemców. Ale to nie był koniec kariery Fritza: gazy bojowe, a zwłaszcza najgenialniejszy z nich, Cyklon B zostały przeniesione do pomieszczeń zamkniętych (komór ), w których naród filozofów i malarzy wytruł i wydusił nieznaną (idącą w miliony) liczbę wrogów III Reichu. Fritz mimo wszystko trochę się Hitlera obawiał, wyemigrował zatem, ale niedaleczko, do Bazylei, gdyby Führer chciał go wezwać do dalszej pracy dla Vaterlandu.

.

Tam go dosięgła śmierć: zawał serca w 66 roku życia (1934 r.).

Gazy bojowe wykorzystywali też inni: słynny „chemiczny Ali” na rozkaz Saddama Husajna kazał zabić 6 tysięcy Kurdów, co też niezwłocznie wykonano. Tak sobie myślę: po co trudziła się nasza rodaczka (Maria Skłodowska – Curie), po co odkrywano radioaktywność i konstruowano całą rodzinę bomb nuklearnych, skoro wynalazkiem Habera można unicestwić całe życie na Ziemi? Co za rozrzutność! Zawsze się zastanawiałem, czemu Niemcy nie założyli dysz w komorach gazowych. Teraz wiem: cyklon był tak strasznie trujący, że specjalnym urządzeniem robiono dziurkę w puszce i natychmiast zrzucano. Chodziło o to, by obsłudze komór nie stała się krzywda.

Sądzę, że jest do ustalenia, jak cyklon działał na ludzkie narządy: gardło, tchawicę, oskrzela i płuca. Przypuszczam, że jak żywy ogień, że była to substancja jadowita i żrąca. Jakoś nigdy nie słyszałem o karaniu koncernów produkujących te zbrodnicze substancje. A zarabiało się świetnie na tej śmierci, zarabiało… Nikt nie był zainteresowany w tym, by miliony ludzi umierały z błogim uśmiechem na ustach. A przecież to było do wykonania: wystarczył zespół chemików i lekarzy pod kierunkiem naszego geniusza. To dopiero teraz (i to tylko w USA) skazańca kładzie się delikatnie na stole, wstrzykuje mu się środek usypiający, a dopiero na końcu lek zwiotczający mięśnie, czyli złej sławy pavulon. Skazaniec umiera we śnie. Ale nie tak znowu dawno demokratyczna Ameryka zabijała swoich wrogów na krześle elektrycznym. Było to bestialskie urządzenie, sprawiające nie tylko wielki ból, ale i kompletny obłęd w mózgu. Umierający nie wiedział, co się z nim dzieje: przerażenie i groza towarzyszyły mu w ostatniej drodze.

Re: I jeszcze jeden…

1. Zgadzam się z tym, że siły bezpieczeństwa Rzeszy nie były jednorodne. Zacznijmy od tego, że od końca 1937 roku admirał Canaris, szef Abwehry, szukał kontaktów z Anglikami. Miał taki kontakt, a jego pośrednikiem była Halina Szymańska, żona naszego ostatniego attache wojskowego w Berlinie, której umożliwił wyjazd do Szwajcarii. Zaciekłym wrogiem admirała był Reinhard Heydrich, dlatego musiał zginąć (powodów zamachu było więcej). Jego następcą została kreatura w osobie Kaltenbrunnera, marionetka w rękach Bormanna, agenta wpływu Moskwy. W „stajni” Bormanna był też szef gestapo, Heinrich Mueller, Erich Koch, komendant Oświęcimia Rudolf Hoess oraz prawdopodobnie Roland Freisler.

O tym, że wojna jest przegrana kręgi wojskowe wiedziały najpóźniej w 1943 roku. Przykładowo, Guderian, będący w 1943 r. inspektorem broni pancernej, był przeciwny operacji Zitadelle (Kursk) uważając ją za przedwczesną. Po Kursku było już „pozamiatane”.

2. Nie zgadzam się z tezą, że AK była organizacją fasadową, zaś porównywanie jej z partyzantką serbską Tity uważam za chybione. Celem AK nie była walka z Niemcami, tj. Wehrmachtem, lecz z okupantami (celowo używam liczby mnogiej). Rzecz wymaga szerszego omówienia, dlatego teraz w skrócie. Naszym nieszczęściem było to, że w rządzie londyńskim mieliśmy kupę durniów, a to bardzo łagodne określenie. Jednakże nie wierzę w to, że nikt w kręgach wojskowych nie zadał sobie pytania: jaki interes miała Polska w wykrwawianiu się w walce z jednym tylko wrogiem? To znaczy, w osłabianiu jednego wroga i pomocy w ten sposób drugiemu? Głównym celem AK, i nie tylko, była działalność wywiadowcza i tu trzeba powiedzieć, że polski wywiad miał niesłychanie długie ręce: od Ameryki Płd. po Przylądek Północny i od San Francisco po Tokio; znalazłem informację, że Londyn (polski) był dobrze zorientowany w tym, co się działo w Sielcach n. Oką. Dalej, wiadomo o tym, że informacje zbierane przez polski wywiad o Niemcach trafiały, via Brytyjczycy, do Moskwy, ale wiem też, że informacje zbierane przez ten sam wywiad o Sowietach trafiały, poprzez Japończyków, do Niemców. Mam nadzieję, że sens tego jest czytelny – sypanie piasku w tryby obu wrogów.

Odpowiednikiem AK w Jugosławii nie byli titoiści, lecz czetnicy gen. Mihajlovicia, których po wojnie potraktowano jeszcze gorzej niż AK-owców. Tam przez całą wojnę toczyła się bezpardonowa walka o władzę, w której nie przebierano w środkach.

Przykładowo, AL mogła się nie przejmować tym, że w odwecie za wysadzenie pociągu Niemcy spacyfikują parę wsi, AK postępowała bardziej odpowiedzialnie. Zwolennikom Tity nie wadziło to, że Niemcy, Włosi, Węgrzy czy Bułgarzy puszczą z dymem parę powiatów w ramach retorsji, uważali nawet, że tak lepiej, bo zdobędzie się w ten sposób więcej zwolenników.

Powstanie Warszawskie, czyli coś, czego pierwotnie w ogóle nie przewidywano. Moim zdaniem wielu rzeczy na ten temat jeszcze nie wiemy i pewnie nigdy się nie dowiemy. W artykule, do którego link podałem wyżej, jest taki fragment:

…w gestapo znajdowali się też rozsądni ludzie – co nie zmienia faktu, że byli zbrodniarzami – którzy uważali, iż prędzej czy później, gdy do Europy zacznie się zbliżać sowiecki walec, trzeba się będzie z Polakami jakoś dogadać. Pewne niepisane porozumienia i układy zawierano zresztą i wcześniej. Sprowadzały się mniej więcej do tego, że obie organizacje robią swoje, ale od pewnego poziomu nie robią sobie krzywdy.

Sądzę, że Profesor zachował tu daleko idącą powściągliwość wiedząc znacznie więcej niż powiedział. To już kolejny sygnał tego typu; 10 lat temu w Przeglądzie Polskim on-line mówił o tym prof. Stańczyk z Inst. Hoovera (nie ma już tego tekstu w sieci, jak chcesz, to ci go prześlę na pocztę – o ile go znajdę w swoich zasobach). Teza prof. Stańczyka była taka, że istniało ciche porozumienie ND AK – Wehrmacht, ale sprawa nie wypaliła z dwóch wzajemnie zależnych powodów: 1. niepowodzenie zamachu na Hitlera, 2. wyłączenie Warszawy ze strefy przyfrontowej, wbrew wszelkiej logice, i pozostawienie jej w gestii gub. Fischera i SS.



„Kpów i szambelanów nigdy nie zabraknie”.

Re: I jeszcze jeden…

nie zapominajmy, że siły bezpieczeństwa rzeszy nie były jednorodne

RSHA czyli główny urząd bezpieczeństwa rzeszy to było w 1941 roku 7000 ludzi

Nadzorowali pracę gestapo i kripo – czyli sipo i SD – słuzby bezpieczeństwa.

W miarę upływu czasu – śmierci Heidricha, walk wewnętrznych o sukcesję stanowiska, dziwny wybór Kaltenrunnera, upadek Abhwery (wywiadu wojskowego) – sytuacja się tylko komplikowała.

Zwłaszcza, że wydaje się, że Himmler dość wcześnie zorientował się, że wojna jest przegrana.

Jak do tego dodamy coraz aktywniejszych agentów Moskwy, o skrajnie rozbieżnych do AK interesach – to dopiero zacznie się wyłaniać obraz, którego prawdziwych ram nigdy nie zobaczymy.. Zwłaszcza, że i Londyn i Moskwa i Berlin – mają wiele do ukrycia…

Zasygnalizuję wątek dotychczas nieomawiany – ale AK – w moim prywatnym odczuciu – była organizacją dość fasadową. Tak – wiem – tylu ludzi zginęło… Ale porównajmy osiągnięcia AK z osiągnięciami serbskiej partyzantki. Albo greckiej. Albo nawet francuskiej.

Gdyby nie Powstanie Warszawskie – jakie „sukcesy” miała ARMIA Krajowa? Powiecie, że okupacja byłą bardzo brutalna, rozstrzeliwanie zakładników. Tak – nie zamierzam oceniać. Ale fakty są brutalne: malowanie Polski Walczącej, kilkadziesiąt sensownych wyroków na konfidentach, ruchawka na Zamojszczyźnie, zamach na Kutscherę….

I czyimi rękami? Harcerzy z Parasola?

No dobra – to temat na inną dyskusję. O ile jesteście na nią gotowi…

jeep



YCDSOYA

I jeszcze jeden…

Artykuł dotyczy co prawda czego innego, ale śp. prof. Wieczorkiewicz wypowiada takie zdanie (a propos aresztowania gen. Grota):

Grono historyków zajmujących się Armią Krajową ze względów patriotyczno-dżentelmeńskich do dziś nie ujawnia prawdy o tym, jak generał wpadł w ręce gestapo. A są ślady, które wskazują na osobę bliską córce Grota, jej narzeczonego, który miał to zrobić dla pieniędzy. Mało tego, najrozsądniejsi z oficerów gestapo wcale nie byli zadowoleni z tego aresztowania. To wcale nie był dla nich – tak jak my twierdzimy – „wielki sukces”. Zatrzymanie dowódcy AK, a co za tym idzie zamęt i reorganizacja ugrupowania, burzyło bowiem cały system kontroli, jaką Niemcy sprawowali nad podziemiem.

(patrz cały artykuł-półkownik)



„Kpów i szambelanów nigdy nie zabraknie”.